Tak mnie czasem uderza, gdy patrzę na te średniowieczne konserwy, co to ważyły pewnie z 40 kilo. Jakim cudem taki zakapior był w stanie w tym żelastwie wleźć na konia, rąbać łby, maszerować całymi dniami i po prostu nie zdechnąć? Zero wentylacji, na karku tona złomu, w środku piec hutniczy, a ten funkcjonował jak maszyna. A teraz? Spójrzcie na te dzisiejsze żałosne, rozlazłe wymoczki. Daj takiemu współczesnemu fircykowi zas*any worek cementu (ledwie 25 kilo!) i każ wnieść na żałosne pierwsze piętro. Przecież ten delikatny płatek śniegu rzygnie płucami, dostanie przepukliny, popłacze się, że mu dysk wypadł i jeszcze będzie wymagał zwolnienia L4 na miesiąc oraz opieki psychologa. Ewolucja ewidentnie poszła w stronę galarety.